„Kiedy zgasło nade mną słońce, musiałam sama stać się słońcem”(1)
Julita Malinowska I Malarstwo
Galeria Sztuki Współczesnej we Włocławku
24 stycznia – 22 lutego 2026
wernisaż 23 stycznia 2026 r., godzina 18.00
współpraca kuratorska | Andrzej Pawełczyk
Wystawa prac Julity Malinowskiej we włocławskiej galerii sztuki współczesnej złożona jest w dominującej części, z obrazów należących do najnowszego malarskiego cyklu „strącone”, uzupełnionych o elementy z serii wcześniejszych, dopełniające zawartą w tytule wystawy refleksję.


Tytuł wystawy, ważny w kontekście formy ekspozycji, przyjęty został z twórczości polskiej poetki Anny Świrszczyńskiej, symboliczne słońce nadające kształt rzeczom, może być epifanią życia, ale i śmierci, potwierdzeniem czasu cyklicznego, nadzieją na odrodzenie, możliwą alternatywą wobec paradygmatu krytycznej, socjologicznej narracji wiążącej polską sztukę przełomu XX i XXI wieku. Sama Świrszczyńska, tańcząc „uderzała w bęben słońca”, Olafur Eliasson rozświetlił nim halę Tate Modern, pośrednio relatywizując uniwersalność śmieciowej dialektyki “czarnego słońca” Damiena Hirsta. W tym dialogu Julita Malinowska stoi po stronie światła.



Przedstawione w częstochowskiej galerii obrazy, interesująca przekrojowa prezentacja nowych prac związanej z Warszawą artystki, zwracają uwagę na umiejętność wyrażania poprzez sztukę, złożonych intertekstualnych narracji, wzbogacając jej osobistą opowieść wybranymi odniesieniami i cytatami z rozległego pola sztuki. Naturalnie, użyty realistyczny, czy niemal naturalistyczny język obrazowania, pozorna dosłowność przytoczonych znaczeń, symboli i opowieści, może ułatwiać recepcję obrazów Malinowskiej, ale nie spieszmy się z konkluzją. Głębiej, pod warstwą błyskotliwej figuratywności, odnajdziemy dramat multiplikowanych ludzkich ciał i ekspresję kobiecej cielesności, będących naturalnym kośćcem tych płócien. To twórczość opowiadana mocnym wyrazistym językiem obrazowania, malarstwo wymuszające kontakt z obserwatorką/obserwatorem ale i oferujące nam to co najcenniejsze, pozawerbalną komunikację opartą na uchwyconych gestach bliskości, dotyku i wspólnym rytuale. Co wzmaga poczucie zwyczajnie ludzkiej ponadkulturowej wspólnotowości. A jest to ta wartość, której dziś wyjątkowo potrzebujemy, uważna więc obecność w trakcie spotkania z twórczością Julity Malinowskiej, powinna nam pomóc w jej odnalezieniu i utrzymaniu. Zapraszamy
(1) cyt. Anna Świrszczyńska







Sublimacja myśli Thomasa Adorno, że ból jest pęknięciem, przez które wdziera się to, co zupełnie inne a negatywność innego czyni ze sztuki kontrnarrację dla panującego porządku, to tak naprawdę przekorna dialektyka ciała, z cierpieniem jako doświadczeniem je budującym. Ciała, które uzyskując poprzez ten bolesny proces podmiotowość, stało się również głównym tematem twórczości Julity Malinowskiej.

Warto o tym pamiętać, odwiedzając wystawę we włocławskiej Galerii Sztuki Współczesnej, powtarzając jednocześnie za współczesnym berlińskim filozofem i teoretykiem kultury Byung-Chul Hanem, że »W czasach, gdy sfera sztuki, oddzielona wyraźnie od sfery konsumpcji, podążała za własną logiką, nie oczekiwano od niej że ma się podobać. Artyści trzymali się z dala od komercji. Obowiązywało jeszcze dictum Adorna, że sztuka jest «obcością wobec świata». Sztuka dobrego samopoczucia jest więc paradoksem. Sztuka musi umieć ranić, niepokoić, sprawiać ból. Sztuka przebywa gdzie indziej. Sztuka zadomawia się w obcości. To właśnie obcość tworzy aurę dzieła sztuki«. Przyjmijmy tę refleksję za przewodnią myśl prezentowanej wystawy i na taką recepcję sztuki powinniśmy być przygotowani spotykając się z najnowszymi pracami Julity Malinowskiej. Tytuł wystawy »Kiedy zgasło nade mną słońce, musiałam sama stać się słońcem«, ściśle określający jej kształt, przyjęty został z twórczości polskiej poetki Anny Świrszczyńskiej. Tytułowe, symboliczne słońce nadaje kształt rzeczom, może być epifanią życia, ale i śmierci, potwierdzeniem czasu cyklicznego, nadzieją na odrodzenie i możliwą alternatywą wobec paradygmatu krytycznej, socjologicznej narracji wiążącej polską sztukę przełomu XX i XXI wieku. To cenne.

Sama Świrszczyńska, tańcząc, »uderzała w bęben słońca«, Olafur Eliasson relatywizował współczesną uniwersalność śmieciowej dialektyki »czarnego słońca« Hirsta, rozświetlając słońcem halę Tate Modern. Także Julita Malinowska używała już tego znaczącego symbolu, pogłębiając go odniesieniami zaczerpniętymi z literackiego pola sztuki, wybierając na tytuł wystawy wers »RZUĆ ROK SŁONECZNY, którego się uczepiłeś, przez burtę serca« Paula Celana, stanowiący sprzeciw wobec przemijania i śmierci wpisanych w biologiczny determinizm, który wyraża pragnienie wolności, wyjścia poza cykliczność czasu przyrody, być może ścieżką transcendencji. Warto zauważyć, że poruszając się w malarstwie między różnymi znaczeniami motywu cielesności, Julita Malinowska coraz częściej staje się pokrewna rodzącej się wolności ciała, przywołanej w tytule Świrszczyńskiej. Literaturoznawczyni Katarzyna Szopa w rozmowie »Urodzone pod czarną gwiazdą stwarzają świat«, poświęconej poetce i jej wyzwoleniu, mówi »U Świrszczyńskiej uwolnienie ciała najlepiej oddawać będą śmiech, taniec i erotyka, ale też operowanie groteską, stosowanie technik zaburzonej czasowości, czy wreszcie – łączenie minimalistycznej formy z nadmiarowością zachodzących w niej zdarzeń. W taki właśnie sposób odczytuję w twórczości poetki kobiecy erotyzm – jako rezerwuar siły, wyzwolonej energii twórczej, nieskończonej możliwości stwarzania siebie, innych i całego świata«. Podobnie rozumiana i często groteskowo ujęta cielesność, jest coraz śmielej formułowana w nowych pracach Julity Malinowskiej, choć to proces trudny, często dramatyczny, mocno uwikłany w kontekst wymagalnych konwencji kulturowych i estetycznych determinujących Ciało.




Hal Foster, pisząc w »Powrocie Realnego« o kulturowych ograniczeniach, ogłaszając »powrót realności i ciała rzeczywistego«, twierdzi (słusznie) że współcześnie, »ciało staje się polem doświadczeń transgresyjnych, jako otwarte, nieopanowane, takie które utraciło swoje ścisłe ramy narzucone przez kulturę europejską«. W tym miejscu wypada zwrócić uwagę na istotny dla Malinowskiej proces, poprzez który podobnie rzeczywiste staje się jej ciało, multiplikowane na płótnach, pozbawione szczęśliwie estetyki brudu współczesnego campu. Ten bowiem został przejęty i ubezwłasnowolniony przez kulturę popularną, nieobecną w malarskich pracach artystki. Prace zgromadzone na wystawie włocławskiej galerii, to malarstwo odrębne, osobiste, cielesne. Badające granice własnej podmiotowości. Być może konsekwencją przyjętego przez artystkę procesu, będzie przekroczenie jego znaczenia.

Hal Foster, odnosząc się do koncepcji abjekcji Julii Kristevej, przypomina, że »abiektalność, to stan, kiedy znaczenie się załamuje. Tu właśnie rodzi się, według niego, atrakcyjność abiektu dla awangardowych artystów, którzy chcą naruszać porządek podmiotowości i całego społeczeństwa«. Oczywiście malarstwo Malinowskiej w swoim bezpośrednim zamierzeniu, nie narusza społecznych relacji, relatywizując jedynie niektóre z ich znaczeń, ale Kristeva, analizując pojęcie abiektu i podmiotowości, odnosi je również do stanu przejścia, granicznych faz życia, narodzin, choroby i śmierci. Nie ma tu prostej zależności pomiędzy teorią a praktyką artystyczną, ale ekspresyjny, biologicznie cielesny naturalizm, dominujący w ostatnich pracach Malinowskiej, przypuszczalnie rodzi się z doświadczonego lęku wobec odmowy do bycia podmiotem. Lęku wyjaśniającego przyjętą dychotomiczność figuratywnych kompozycji płócien jej nowego malarskiego cyklu »Strącone«. Te dwudzielne kompozycje zwracają naszą uwagę na przestrzeń pomiędzy, tam gdzie załamuje się znaczenie. Warto o tym pamiętać, analizując kobiecą figurę – uzyskujące podmiotowość ciało – namalowaną przez Julitę Malinowską w obrazie »Strącenie VII« z roku 2025, bo właśnie Ona może być uznana za naturalistycznie wyrażony, alegoryczny akt wykluczenia, strącenia do wolności, do życia w bólu.



Julia Kristeva mówi o bólu jako kluczowym doświadczeniu egzystencjalnym, które wykracza poza porządek symboliczny, ujawniając fundamentalne napięcie między tożsamością a obcością, życiem a śmiercią. Stanowi tym samym, wyzwanie dla języka sztuki określającego podmiot. Współcześnie, parafrazując ponownie berlińczyka Hana, gdy kompulsywnie reperujemy własną duszę, tracimy z oczu kontekst społeczny, co prowadzi do zaniechań. Ten kryzys społecznej narracji czyli powszechna afirmacja grupowo-egoistycznego dobrostanu, prowadzi do atrofii i bezsilności języka współczesnej sztuki, odrzucającej negatywność i zapominającej, że ból oczyszcza, podczas gdy kulturze »podoba się« brakuje możliwości katharsis. W tym kontekście łatwiej przyjąć, że twórczość Julity Malinowskiej to żywe ciało sztuki, karmiące się egzystencjalnym procesem, którego sens nie wynika z konceptualnego założenia w którym dzieło jest tylko pretekstem dla teoretycznego konstruktu.



Postmodernistyczny, ponowoczesny relatywizm dotychczas prowadzonych przez artystkę opowieści, fragmentaryzacja formy, płaski kolaż ciała obecny w jej wcześniejszych pracach, teraz ustępuje wspomnianej już naturalistycznej, często ekspresyjnej, dramatycznej figuratywności, a nowym kreatywnym paradygmatem staje się vanitas, jako sublimacja życiowego doświadczenia Julity Malinowskiej. Naturalnie w jej obrazach, jak przy omawianym siódmym Strąceniu, nadal dostrzegamy, świadomie przyjętą przez artystkę, humanistyczną perspektywę przypisaną czasowi quattrocenta czyli «Wygnaniu z raju» progresywnego Masaccia, czy inne odniesienia z pola sztuki. Artystka nie porzuca (i słusznie) możliwości wzbogacania własnych opowieści, odżegnując się jednak przy tym, od naiwnego antropocentryzmu, koncentrując się na dostrzegalnym świecie cielesnym. Kto chce, a powinien, może nadal szukać wśród ikonografii jej płócien, mniej lub bardziej zauważalnych toposów i odniesień. Ale namawiam, idźmy w tym dalej, przekroczmy własne granice i w obrazie »Strącenie VIII« z roku 2025, dostrzeżmy krytyczną polemikę z ikonicznym klasycystycznym płótnem »Źródło«, Jeana-Auguste’a-Dominique’a Ingres’a. Warto.

Przedstawione we włocławskiej galerii prace, znacząca prezentacja nowych obrazów związanej z Warszawą artystki, dowodzą jej umiejętności wyrażania poprzez sztukę, złożonych intertekstualnych narracji, wzbogacając przy tym jej osobistą opowieść wybranymi odniesieniami i cytatami z rozległego pola sztuki. Naturalnie, użyty realistyczny, czy obecnie niemal naturalistyczny język obrazowania, pozorna dosłowność przytoczonych znaczeń, symboli i opowieści, może ułatwić recepcję obrazów Malinowskiej, ale nie spieszmy się z konkluzją. Głębiej, pod warstwą często błyskotliwej figuratywności, odnajdziemy dramat multiplikowanych ludzkich ciał i ekspresję kobiecej cielesności, będących naturalnym kośćcem tych płócien. To twórczość opowiadana mocnym wyrazistym językiem obrazowania, malarstwo wymuszające kontakt z obserwatorką/obserwatorem, ale i oferujące nam to co najcenniejsze, pozawerbalną komunikację opartą na uchwyconych gestach bliskości, dotyku, wspólnym rytuale. Co wzmaga poczucie zwyczajnie ludzkiej ponadkulturowej wspólnotowości. A jest to ta wartość, której dziś wyjątkowo potrzebujemy, dlatego uważna obecność i czułość, w trakcie spotkania z malarką Julitą Malinowską i jej twórczością, powinna nam pomóc w odnalezieniu i utrzymaniu tej więzi.
Tekst w katalogu I Andrzej Pawełczyk
Obszerna fotorelacja z wystawy autorstwa Tomka Kamińskiego:

No Comments